This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl


Odpowiedz w wątku  [ Posty: 24 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
 Haricotto 
Autor Wiadomość
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 lip 2013, o 21:30
Posty: 416
Siła: 41
Szybkość: 41
Energia: 41
Wytrzymałość: 42
Inteligencja: 10
Punkty życia: 588
Punkty Ki: 410
Poziom Mocy(PL): 618
PT: 26
CP: 169
Post Haricotto


Haricotto wziął do ręki nóż, którym groził mu bad guy i schował go w rękawicę. Ukryte ostrze może się kiedyś przydać. Saiyanin, po krótkiej ciszy, podszedł do miejsca, z którego zniknął demon i pokazując środkowy palec, powiedział:
- Zamknij się. - następnie splunął dokładnie w to miejsce. Wiedział, że dziadek-demon nie odpowie, ale mimo wszystko zrobił to, bo uważał, że tak trzeba zrobić. Obrócił się teatralnie na pięcie, po czym udał się w stronę wyjścia. Bolały go nadgarstki, które na domiar złego były we krwi. Nic dziwnego, skoro był przywiązany do kamiennego łoża, a chcąc się uwolnić, zadawał sobie tylko więcej bólu.
Idąc korytarzem do wyjścia, widział porozrzucane kości. Zginęło tutaj wiele żywych istot. Ciężko było określić, czy były to szczątki humanoidów, czy zwykłych zwierząt, które można spotkać na całej Vegecie.
- Porąbany sukinsyn. - skwitował to, co widział, mając nadzieję, że już więcej nie spotka się z tym oszustem i mordercą. Gdyby to się jednak stało, dołoży wszelkich starań, żeby go ostatecznie zgładzić.
W końcu, widział narastające światełko w tunelu. Był coraz bliżej wyjścia, coraz bliżej ponownej wolności. Trzeba się cieszyć życiem, jakie ono by nie było. Każde jest specjalne i oryginalne. Wyjątkiem są życia ludzi, którzy umrzeć muszą. Dla większego dobra. Takim wyjątkiem był właściciel tej ponurej groty.

Wygramoliwszy się z jaskini, Haricotto ujrzał światło dzienne. Był to oślepiający blask, przez który nic nie było widać. Oczy bolały, ale z sekundy na sekundę było coraz lepiej. Saiyanin już nie zamykał oczu, a jedynie je przymrużał. Musiał się przyzwyczaić do promieni słonecznych. Spędził w tamtej jaskini trochę czasu, więc nie dziwota, że teraz gorzej widział.
Uszedł przed siebie kilka metrów, po czym padł na kolana. Gorąc był nie do zniesienia, a robiło się coraz gorzej. Spragniony Saiyanin jednak wstał na nogi. Postanowił iść dalej z nadzieją, że znajdzie coś do picia, lub kogoś, kto mu upragnione picie poda.
Mrużąc swoje oczy, wydawało mu się, że piasek faluje jak woda. Złudzenie? Prawdopodobnie. Od takiego gorąca i wyczerpania różne rzeczy można widzieć. Fatamorgana, czy inne tego typu paskudztwo, Haricotto nie zatrzymywał się. Nogami sunął po czerwonym piasku, zostawiając za sobą ślad podobny do tego, który zostawia wąż.

Uszedł tak jeszcze kilka metrów, aż padł twarzą w piasek. Nie ruszał się. Lekki wietrzyk poruszał czarnymi włosami Saiyanina. Dookoła nie było nic, co uratowałoby teraz Haricotto. Do cienia było zbyt daleko, żeby się doczołgać. Właściwie, niby jak miałby się doczołgać, skoro jest nieprzytomny? Nie da się.
Minęła pierwsza godzina, a nad ciałem wojownika zaczęły latać sępopodobne ptaszyska. Było ich pięć i każdy szybował w innym kierunku. Tylko czekały aż Saiyanin wyzionie ducha. Gdy minęła druga godzina, jeden odważny ptak wylądował na rozgrzanym piasku i zaczął człapać w stronę nieruchomego ciała. Ostrożnie stawiał kroki, a kiedy ciało ogoniastego było na wyciągnięcie ręki, lub dzioba w tym przypadku, głodny przystąpił do działania. Po kilku chwilach, ubranie na ramieniu leżącego było rozszarpane. Wystarczyło jedno dziobnięcie, by trysła krew i ptaszki zasiadły do obiadu. Do pierwszego, najodważniejszego sępa, dołączyli jego pobratymcy, ustawiając się dookoła Saiyanina. Już mięli się zabierać za spożywanie obiadku, kiedy nagle rozpętała się burza piaskowa. No, właściwie nie burza, a mocniejszy podmuch wiatru, który spowodowany był...

Na czerwonej planecie pojawiła się dziwna, błękitna smuga, która przypominała bardzo poszarpaną aurę. Stykając się z piaskiem, podniósł się on do góry, zmniejszając widoczność. Przeszkodził on także wygłodniałym ptakom, które zebrały się wokół bezwładnego ciała. Widząc co się dzieje, przerażone prawie od razu uciekły, szybko trzepocząc swoimi skrzydłami.
- Hej! Widzieliście!? Ptaszki! - krzyknęła jedna osoba, prawdopodobnie kobieta. Stała na piachu razem z innymi: stworzeniem, które wyglądało jak sowa z białą brodą,
Spoiler:

oraz dwoma potężnie zbudowanymi mężczyznami. Jeden z nich miał czarne, rozczochrane włosy, a na twarzy bandaż. Prawdopodobnie nie posiadał oka, bądź miał je tak uszkodzone, że wolał je zakryć, niż chodzić z nim na wierzchu. Ubrany był w żółtą koszulę, przepasaną białą wstęgą i długie, szare spodnie. W dodatku... miał coś nad głową. Coś żółtego. Nie było to do niego w żaden sposób przyczepione, a zsynchronizowane było idealnie.
Spoiler:

Drugi mężczyzna posiadał identyczną fryzurę, co ten pierwszy, z tym tylko wyjątkiem, że jego włosy były białe. Nosił kolczyki na uszach, a ubrany był w niebieską tunikę i żółte spodnie. W dodatku miał biały ogon. Czyżby był jakąś hybrydą?
Spoiler:

Kobieta, o włosach zalatujących pod czerwień, która wcześniej zwracała uwagę na ptaszki, ubrana była w taką samą tunikę, jak białowłosy mężczyzna, tylko była w kolorze różowym.
Spoiler:

Tak prezentowali się przybysze, którzy nie wiadomo skąd się tutaj pojawili. Czyżby jakaś zaawansowana teleportacja? A może jakaś niecna sztuczka, którą znali tylko oni? Tyle możliwości!
W pewnym momencie białowłosy ujrzał, że w oddali, przykryty troszkę piaskiem leży wojownik w zbroi i niebieskim uniformie. Podbiegł do niego i obrócił go na plecy. Na twarzy cudzoziemca pojawił się uśmiech. Podniósł rękę do góry i pomachał do reszty swojej grupy.
- To on! Znaleźliśmy go! Wygląda identycznie jak Ty, ojcze! - reszta szybciutko podbiegła do leżącego Saiyanina, którym okazał się być Haricotto. Leżał nieprzytomny, z rozszarpanym ubraniem na ramieniu. W dodatku krwawiły mu nadgarstki, które wcześniej sobie uszkodził.
- Rzeczywiście! Identyczny z Tobą... nigdy bym nie pomyślała, że zobaczę, jak wyglądałeś za młodu, Haricotto! - rzekła radośnie dziewczyna, patrząc na jednookiego towarzysza.
- Meh, ja wciąż wyglądam emejzing. Nie ważne ile mam lat. - uśmiechnął się zadziornie czarnowłosy Saiyanin, którym okazał się być... Haricotto. Haricottocepcja. Wszystko powoli się rozjaśniało. Osoby te pochodziły z przyszłości, a przynajmniej miały powiązanie z podróżami w czasie.
- Dobra... ocućmy go... znaczy Ciebie... jego... eh, zaczynam się w tym gubić. - podrapała się po głowie kobieta, marszcząc swoją twarz w grymasie. - W każdym razie, nie mamy dużo czasu. Musimy wracać, ze względu na Twój stan... Czas, jaki Ci pozostał płynie tak samo we wszystkich Wszechświatach.- wskazała palcem na starszą wersję Saiyanina, po czym wyjęła spod tuniki małą fiolkę. Otworzyła ją i nachyliła się do leżącego wojownika, przykładając buteleczkę do nosa nieprzytomnego ogoniastego.

Minęło 30 minut, kiedy leżący Haricotto otworzył swoje oczy. Zaspany i zmęczony, mozolnie przetarł dłonią twarz, szybko mrugając oczami. Wziął głęboki oddech, po czym widząc zamazane postacie, z lekkim uśmieszkiem na twarzy, rzekł:
- Ooo... komitet powitalny. Przyszliście spuścić ze mnie juchę i ją wypić? Ostrzegam, jest okropna. Smakuje jak... - i w tym momencie przerwał mu drugi Haricotto, kucając przed nim i równie zadziornie się uśmiechając.
- Jak wymioty.
- Skąd wiedziałeś, że to powiem? - zapytał ten leżący, przecierając raz jeszcze oczy. Obraz mu się powoli wyostrzał, rejestrując coraz więcej szczegółów.
- Bo jestem Tobą, durniu. Zaraz... czy ja właśnie obraziłem samego siebie? Hmm... nieważne.- jednooki pstryknął swoją młodszą wersję w nos, po czym wstał na równe nogi. - Wstawaj, musimy pogadać. Tam jest dogodne miejsce. - wskazał dłonią na skałę, która o tej porze dnia rzucała całkiem przyjemny cień. Obaj Saiyanie udali się w ustalone miejsce. Młodszy nie wiedział co się dzieje, wręcz przekonany był, że to jeden z tych jego durnowatych snów. Tylko tym razem wszystko wydawało się takie realne, jakby działo się naprawdę. I działo się. Wszystko, czego doświadczył młodszy Haricotto było prawdą.
Usadawiając wygodnie swoje pośladki w cieniu, przybysz z bandażem na twarzy stanął tak, jak stoi generał, gdy przemawia do swoich żołnierzy.
- Haricotto, posłuchaj mnie. Pewnie będzie Ci ciężko w to uwierzyć, ale... jestem Tobą. Ty jesteś mną. To się dzieje naprawdę. Przybyłem tutaj razem z moimi towarzyszami. To mój syn, Céleste. - podszedł do białowłosego mężczyzny i poklepał go po ramieniu. - A to jest... Cóż, jej nie imienia nie potrzebujesz do szczęścia, tak samo jej pupilka. Po prostu wiedz, że to dobrzy ludzie. - przymrużył swoje brwi, gdy podchodził do kobiety i jej przyjaciela sowy.
- Skoro nie chcą podać imion, to muszą być mega dobrzy. Śmiech na sali. Nie to, żeby mnie obchodziło, jak mają na imię. Wiecie co? Średniawy ten sen, chcę się obudzić. - młodszy Saiyanin wstał, gestykulując rękami na wszystkie strony. Nie spodziewał się jednak, że za jego plecami momentalnie pojawił się Céleste i powalił go jednym uderzeniem w kark.
- Wybacz... ojcze. - wojownik padł na piasek, ale nie stracił przytomności. Był to dziwny atak, gdyż osoba, na której został on użyty nie traci kontaktu, a jedynie władzę nad swoim ciałem.
- Coś Ty mi zrobił... bandyto!? - wymamrotał powalony, topiąc twarz w piasku.
- Przestań się mazać. Chłopaki nie płaczą. - skwitował krótko ojciec Céleste'a.

Znów minęło trochę czasu. Został on spożytkowany na łopatologiczne wytłumaczenie Haricottowi całego zajścia, jak i motywów, które kierowały podróżnikami. Saiyanin dowiedział się, że dziwna grupa pochodzi z przyszłości oddalonej o 30 lat. Sam Haricotto ma 50 lat i spłodził syna, którego imię brzmi Céleste*. Co ciekawe, jest on Half-Saiyanine. Co ciekawe, jego matka wcale nie pochodziła z Ziemi. Miszmasz totalny. Niestety, o dziwnej kobiecie i jej zwierzaku nie wspomniano ani razu, chociaż sami niejednokrotnie zabierali głos.
Podróżnicy zmuszeni byli cofnąć się w czasie, żeby schować w bezpiecznym miejscu pewien artefakt. Malutki pozłacany kluczyk. Za wcześnie było, by poinformować Saiyanina, do czego on jest i czego tak naprawdę strzeże.
W ich linii czasowej cały Wszechświat zamienił się w plac zabaw potężnych Demonów, które zabijały wszystkie żywe istoty, jakie napotkały na swojej drodze. Nie niszczyli oni jednak planet. Robili z nich kolonie, a z mieszkańców, którzy bali się o swoje życie, pod przysięgą zrobili niewolników. Złamanie tej przysięgi groziło natychmiastową śmiercią. Nie wolno było podnieść ręki i kierować złych słów w stronę Władców (Demonów). Myślec można było, co się chciało. Wystarczyło powiedzieć, że rządy są źle sprawowane i już się umierało. Automatycznie, z biegu. Postać wysychała, aż w końcu zostały same kości i skóra. Nic nie można było zrobić. To był definitywny koniec dla danej jednostki. Do walki z Demonami powołano specjalną organizację - Dragon Clan. Byli to wojownicy zrzeszający różne rasy. W obliczu tragedii, jaką było całkowite zniszczenie jakiejkolwiek równowagi, wszyscy (na czas konfliktu zbrojnego) byli traktowani tak samo. Nameczanie, Saiyanie, Ziemianie, Tsufule, Changelingi i inne rasy. Pomimo nienawiści, jaką się wzajemnie darzyły, rasy te zmuszone były zjednoczyć się i stanąć do walki o swoje domy. Wrogowie stali się sprzymierzeńcami, żeby pokonać wspólne nemezis. Tak wyglądała przyszłość, która nie była zbyt kolorowa.

- Czyli mówisz, że za ileśtam lat, będziemy walczyć z Demonami, które będą tak potężne, że nikt sobie nie da z nimi rady? Meh, nie wierzę w to. Równie dobrze możesz mi powiedzieć, że będę gruby, ale szczęśliwy. Totalne brednie. - Haricottowi ciężko było w to uwierzyć. Kluczyk przyjął i mimo niewiedzy na jego temat, schował go pod swoją zbroją. Pomyślał sobie, że może dostanie za niego trochę pieniędzy. Groszem nie śmierdzi, więc przyda się każda pomoc finansowa.
- Posłuchaj mnie, gamoniu jeden! - jednooki chwycił swoją młodszą wersję za kołnierz zbroi.
- Nie zdajesz sobie sprawy, w co zostałeś wplątany. Może teraz nam nie wierzysz, ale wkrótce się przekonasz, że coś jest na rzeczy. Dziwne wydarzenia będą miały miejsce i wtedy sobie uświadomisz, że to, co do Ciebie mówimy jest prawdą! - wypuścił go, głośno dysząc. Nie był już młody, a po tych wszystkich bojach, jakie stoczył, również jego zdrowie poważnie ucierpiało.
- Znam Cię i wiem, że sobie poradzisz. Gdyby było inaczej, nie prosiłbym sam siebie o pomoc. To chyba logiczne. - prychnął niezadowolony, po czym delikatnie poklepał swojego młodszego siebie po policzku.
- Musimy już wracać. Nie zostało nam wiele czasu, a sama podróż też chwilę trwa. Już się więcej nie zobaczymy osobiście. Jeśli coś miałoby się jeszcze wydarzyć, Céleste i ta kobieta przyjdą Cię powiadomić. - charknął, po czym wypluł ślinę przed siebie.
- Dlaczego? Nie przyjdziesz już do mnie? Nie chcesz więcej widzieć, jaki przystojny byłeś za młodu? - malował mu się na ustach jeden z jego głupkowatych uśmieszków. Mirai no Haricotto wskazał palcem nad swoją głowę, po czym odezwał się:
- Jestem martwy. - stwierdził krótko, puszczając oczko do samego siebie. - Z chęcią bym został i nakopał Ci do dupy, bo wyraźnie tego potrzebujesz, ale nie mam czasu. Niedługo ktoś inny to zrobi. Niekoniecznie mężczyzna. - posłał mu jeden z tych właśnie uśmiechów, które tak bardzo lubił robić, po czym stanął przy kobiecie i białowłosym mężczyźnie. Złapali się za ręce i po chwili zniknęli, zostawiając po sobie spory bałagan.

Haricotto tak stał jeszcze przez chwilę, nie wzruszony tym, że miałby dostać łomot od kobiety. Płeć piękna (hm, niekoniecznie piękna) może być tak samo dobrym, jak nie lepszym wojownikiem co mężczyźni.
Podróże w czasie? Zjednoczenie rasowe? To wszystko brzmiało tak niewiarygodnie. Wyjął na wierzch kluczyk i dokładnie go obejrzał. Ze wszystkich możliwych stron.
- Hmmm. Może i jest w tym ziarnko prawdy? - spojrzał w niebo, jakby szukał odpowiedzi na te wszystkie pytania. - Wygląda na to, że niedługo się przekonam. - uśmiechnął się delikatnie pod nosem, podrzucając kilkukrotnie kluczyk. Wziął głęboki oddech i odbił się od powierzchni. Musiał wrócić do miasta i złożyć raport. Do Małpiego Króla go nie dopuszczą, ale na miejscu będzie miał lepszy zasięg Scoutera. Nie myślał o tym, co się stało i o czym się dowiedział. To była przyszłość, a przyszłość można zmienić. Poza tym, liczy się tylko to, co jest tu i teraz!


________________
*Céleste - Niebiański
Jako, że nie wolno mieć w przygodzie kontaktu z Kaioshinami (ponieważ są NPC'etami), Haricotto nie wie, że miał do czynienia z przedstawicielką tejże rasy. W dodatku niczego go nie nauczyła, więc wszystko seems legit.
Przyszłość opisana nie oznacza właściwej przyszłości.
Pisałem to pod wpływem weny i wszechogarniającego podniecenia, więc jeśli coś nie pasuje, proszę mnie o tym powiadomić. Poprawię~

_________________
ObrazekI may have no Jesus, I may have no soul...
Obrazek


6 gru 2014, o 02:19
Zobacz profil
Administrator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 sty 2012, o 22:38
Posty: 467
Siła: 30
Szybkość: 31
Energia: 10
Wytrzymałość: 20
Inteligencja: 10
Punkty życia: 280
Punkty Ki: 100
Poziom Mocy(PL): 364
PT: 15
CP: 91
Post Re: Haricotto
Noo noo, bardzo fajnie że powiązałeś tą przygodę z tamtą, którą ci wymyśliłem. Widzę że się fajnie postarałeś i podobało mi się to co napisałeś.

Dostajesz 6 CP i 2 PT co daje ci 53 cp i 10 pt

_________________
Obrazek


9 gru 2014, o 22:25
Zobacz profil
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 lip 2013, o 21:30
Posty: 416
Siła: 41
Szybkość: 41
Energia: 41
Wytrzymałość: 42
Inteligencja: 10
Punkty życia: 588
Punkty Ki: 410
Poziom Mocy(PL): 618
PT: 26
CP: 169
Post Re: Haricotto
Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub gorzej~


Gdy Saiyanin nauczył się strzelać energią KI, z wycieńczenia upadł na ziemię. Przytomność stracił dopiero po kilku minutach. W czasie, gdy był nieobecny miał dziwną wizję. Ciężko stwierdzić, czy była to rzeczywiście wizja, czy po prostu zwykły sen. Jak wiadomo, sny potrafią być irracjonalne i grubo przesadzone. Czyż to nie piękne? Przynajmniej podczas snu można być kim się chce i spotkać osoby, których dawno nie widzieliśmy, bądź już nigdy ich nie zobaczymy.
W tym śnie, Haricotto stał na pewnym wzgórzu, przysłaniając oczy dłonią. Słońce świeciło tego dnia naprawdę intensywnie. Wiatr przyjemnie chłodził twarz wojownika, sprawiając, że jego włosy delikatnie się poruszały. W oddali znajdował się zamek. Nie wyglądał on, jak coś typowo wybudowanego na Vegecie. Był inny, a zarazem bardziej intrygujący. Haricotto lubił się przyglądać budowlom i zawsze był pełen szacunku do pracowników fizycznych, za to że potrafili budować tak wspaniałe i wzniosłe budowle.
Spoiler:

Saiyanin spostrzegł, że miał na sobie inne ubranie, a raczej same spodnie. Nie miał koszuli ani butów. Stał boso. Boso przez świat. Był tym zdziwiony, zastanawiał się, gdzie się podziały jego Saiyańskie łaszki. Nie był świadomy tego, że wszystko co się teraz dzieje jest nieprawdziwe. Zastanawiając się przez chwilę ruszył do przodu, mając nadzieję, że znajdzie jakieś odpowiedzi w zamku. Piasek palił go w stopy. Mimo wszystko było to do zniesienia. Po kilkunastu metrach nerwowo odwrócił się za siebie, gdyż usłyszał jakiś dźwięk.
- Hę? - nikogo tam nie było. Tylko wielka, czerwona pustynia, ciągnąca się w nieskończoność. W dodatku, gdy spojrzał w dół, okazało się, że nie zostawia za sobą śladów. To było zastanawiające. Przykucnął więc i przyłożył dłoń do ciepłego piachu. Nie mógł go zebrać, gdyż w pewien sposób był blokowany. Postukał więc palcem o podłoże, a dostał taki dźwięk jak przy pukaniu do drzwi. Jeszcze dziwniejsze! Do tej pory wydawało mu się, że na stopach czuł piasek, a w rzeczywistości tak nie było. Wyprostował się, odwracając się twarzą w stronę zamku. Zaczął biec, szybciej i szybciej. W końcu dobiegł do głównej bramy zamku. Kiedy już chciał zapukać, drzwi się otworzyły, a w drzwiach stała pewna kobieta. Była ona skąpo ubrana i niczego jej nie brakowało. Miała czym oddychać i na czym siedzieć. Była hojnie obdarzona przez naturę. W swej dłoni dzierżyła miecz z napisem "Come on BOY".
Spoiler:

- Witaj, podróżniku. - wyszeptała, po czym podeszła do Saiyanina i położyła dłoń na jego klacie. Zaczęła palcem wskazującym kręcić kółeczka na klacie wojownika, robiąc do tego słodkie minki.
- Tak długo na Ciebie tutaj czekałam, skarbie... - ucałowała go delikatnie w policzek, a następnie stanęła przed nim, dumnie wypinając swoją pierś.
- Kim jesteś? - zapytał Haricotto, po czym wychylił się w bok, starając się dojrzeć to, co znajdowało się za plecami kobiety.
- Ja? - zapytała, robiąc słodkie spojrzenie. - Ja jestem Twoją największą, najpiękniejszą i najukochańszą fanką. Jesteś tylko mój... - ostatnie zdanie wyszeptała, posyłając mu buziaka, a następnie chwyciła mocno za rękojeść miecza.
- Co Ty wypra... - nawet nie zdążył się obejrzeć, a już miał przebitą klatę, z której tryskała krew. Dziewczyna została ubrudzona tą krwią, ale nic sobie z tego nie zrobiła. Z dużym czerwonym rumieńcem na twarzy, zlizała z ręki krew Saiyanina, po czym wyjęła miecz z jego klaty i jeszcze kilka razy nim w niego pchnęła.
Podczas przebijania Saiyanina, kobieta śpiewała jakąś nieznaną pieśń. To było coś podobnego do kołysanki. Haricotto chcąc się ratować, wyjął w jej kierunku dłoń i zacisnął ją na jej szyi. W momencie, gdy uścisk stał się silniejszy, szalona wojowniczka-śpiewaczka zamieniła się w różowy dym, a po chwili zniknęła. Ranny Saiyanin wypluł krew, po czym upadł na jedno kolano. Mając nadzieję, że za drzwiami znajdzie coś przydatnego, zaczął kierować się w tamtą stronę. Gdy tylko przekroczył próg, zobaczył miliony gwiazd, które łączyły się w znaki zodiaku.
- Piękne, prawda? - odezwał się ktoś za plecami wojownika. Zanim ogoniasty zdążył się odwrócić, potężny kopniak w tyłek spowodował, że wpadł do środka komnaty. Jakby tego było mało, zaczął spadać. Podczas spadania w dół, mijał liczne gwiazdozbiory, które migotały tak jasno, że aż oślepiały. W dole robiło się coraz jaśniej, aż w końcu z ciemnego kosmosowego czegoś, wszystko stało się czerwone. Saiyanin mógł już zobaczyć krajobraz, jaki znalazł się pod nim. Tutaj były skały, tam płynęła rzeczka, troszkę dalej rosły drzewa. W końcowej fazie lotu Haricotto zdał sobie sprawę, że to co widzi, to przecież planeta Vegeta.
W końcu runął z hukiem na ziemię. Otworzył oczy i ubrany był w swoje saiyańskie wdzianko. Oczywiście bez armoru, ponieważ po kąpieli i nauce strzelania KI nie zakładał go. Podniósł się, przetarł swoje zaspane oczy i zaczął się rozglądać. Normalnie po takim uderzeniu z takiej wysokości powstałby niemały krater. Saiyanin spojrzał w górę, po czym się zaśmiał. Uświadomił sobie, że to był tylko sen. Wyjątkowo głupi sen, w którym pokonała go kobieta. Swoją drogą piękna i seksowna, tylko szkoda że aż tak zepsuta.
- Głupie sny. Kiedyś na pewno zwariuję. - zaśmiał się znów, wstając na obie nogi. Otrzepał się z piachu, na którym leżał i założył swoją zbroję.
Miał zamiar wrócić do Królewskiego Pałacu, czy jak go tam nazywali. Gdy uszedł kilka kroków, coś przykuło jego uwagę. Zobaczył w oddali wielki namiot, z którego dochodziła jakaś muzyka. Całkiem przyjemna, trzeba przyznać. Zaciekawiony Saiyanin od razu ruszył w stronę dziwnego namiotu.
Im był bliżej, tym wyraźniej słyszał słowa piosenki, którą aktualnie ktoś śpiewał.
OST~ Piosenka~
- Spajder men? A co to takiego? - zakradł się od boku, uważnie się przyglądając. Zobaczył, że pod namiotem znajduje się spora scena, a na niej siedział ubrany w biały garnitur mężczyzna.
Spoiler:

Saiyanin stanął z szeroko otwartymi oczami i ustami. Nie dowierzał w to, co widział. Mężczyzna grał, a ludzie się cieszyli. Byli jak zaczarowani, a ich ruchy idealnie zsynchronizowane. Nagle Haricotto poczuł, że i jego coś rusza. Jego nogi i ręce zaczynały ruszać się samowolnie w rytm muzyki.
- Co jest? Przestańcie! Eeeej...! - ożywione nogi zaprowadziły ogoniastego wprost pod scenę. Saiyanin nie mógł przestać tańczyć. Grajek ze sceny zobaczył, że ktoś nowy podszedł pod scenę i uśmiechnął się. Przestał na chwilę śpiewać i wciąż grając muzykę, zbliżył się do nowego gościa.
- O witam! Nazywam się Mr. Spajder. Nie spodziewałem się, że Kosmiczny Wojownik zostanie moim słuchaczem. Ho! Ho! Ho! Nie martw się, niedługo cała planeta będzie mnie słuchać! Złapią się w moją muzyczną sieć i będą mnie kochać! - ostatnie zdanie wykrzyczał, a w jego oczach wyraźnie widniało szaleństwo. Wrócił na swoje krzesełko, poprawił swój biały kapelusz i ponownie zaczął śpiewać. Tymczasem Haricotto opadał z sił, bo ciągle wykonywał te same ruchy swoimi kończynami. Bolały go ręce i nogi, w dodatku nic nie mógł zrobić. Kątem okaz dostrzegł ogromne głośniki, z których to wydobywała się muzyka.
- Kuso! To pewnie przez te głośniki ma taki zasięg tej swojej... muzycznej sieci! - pomyślał tańczący wojownik. Jeszcze nie wiedział jak, ale postanowił, że zniszczy te wzmacniacze. Nie żeby uratować innych zaczarowanych, ale po to, by uratować swoje własne cztery litery. Pomyślał, że może za pomocą bukujutsu uda mu się przerwać te szalone tańce.
Mimo innych ruchów, udało mu się ugiąć kolana i wyskoczyć w górę. Udało mu się przerwać czar, ale Mr. Spajder widząc to, nerwowo podniósł się z krzesła i wycelował swoją gitarę prosto na Haricotto.
- O nie, mój drogi. Nie dam się znów wciągnąć w to... w to... w to co właśnie robisz! - wykrzyczał Saiyanin, krzywiąc swoją twarz w grymasie i grożąc muzykowi pięścią. Powitawszy na swojej twarzy złośliwy uśmieszek, ogoniasty wycelował otwartą dłonią prosto na głośnik.
- Bye, bye. - powiedział spokojnie i po skumulowaniu w swojej dłoni energii, posłał pocisk prościusieńko w sam środek wzmacniaczy. Nastąpił wybuch, a oswobodzeni tancerzy wpadli w panikę, uciekając we wszystkie możliwe strony.
Z dymu wyłonił się muzyk. Już nie był tak elegancki, gdyż eksplozja zniszczyła jego bielusieńki ancug.
- Jak śmiałeś! Ty brudna małpo, zabije Cię! Nuta! Natychmiast z nim zagraj i zabij go!

W tym właśnie momencie z gitary grajka wyłoniła się postać. Był to duży, umięśniony mężczyzna, wyglądem przypominający Saiyanina.
Spoiler:

- GRROOOOARGH! - wydarł się, od razu pędząc w stronę Haricotto. Pojawił się nad Saiyaninem i uderzył go pięścią w sam środek głowy. BADUM! Ciało ogoniastego uderzyło z impetem o ziemię, zostawiając po sobie wgłębienie.
Wyczołgawszy się po chwili, Haricotto stanął na nogi. Pomasował dłonią miejsce uderzenia, po czym z narastającym uśmiechem, wybił się do góry. Znów czuł podniecenie, jakie zawsze go nawiedzało podczas walki.
OST~
Doleciał do przeciwnika, którego imię brzmiało Nuta i zaczął go okładać pięściami. Obaj wojownicy wymieniali się ciosami, raz używając rąk, a raz nóg. Ich pięści stykały się, wytwarzając mocne podmuchy energii. Haricotto doleciał do swojego przeciwnika, po czym uderzył go kolankiem w brzuch, a gdy ten się schylił, Saiyanin złączonymi dłońmi uderzył go w plecy. Nuta poleciał prosto na scenę, na której stał Mr. Spajder. Scena się zawaliła, ale to nie zdołało powstrzymać wściekłego Nutę, który kilka sekund później okładał Haricotto'a pięściami. Ogoniasty obrywał, i to bardzo. Obroniwszy się od ostatniego ataku swego przeciwnika, odleciał na bezpieczną odległość. Gdy był już względnie bezpieczny, wystrzelił wyżej w górę, by znaleźć się nad przeciwnikiem.
OST~
Posłał swemu wrogowi zimne spojrzenie, a już po chwili pruł w jego stronę jak strzała. Nabierał coraz większej prędkości, co spowodowało, że wokół niego pojawiła się biała smuga. Nuta nie wiedział, co planuje Haricotto, więc stał w miejscu, mając nadzieję na odparcie ataku. Lecący w dół Saiyanin nie zamierzał się zatrzymać. W dodatku w swoich dłoniach skumulował pociski KI. Nie zwolnił i zrobił to, co zamierzał. Uderzył swoim czołem w głowę Nuty, a gdy ten drugi zaczął spadać, Haricotto połączył dwa KI Blasty w jeden większy. Nuta doznał bolesnego upadku, w dodatku oberwał podwójnym KI Blastem, który uwcześnie rzucony został przez Kosmicznego Wojownika.
- I co powiesz na to? Hahah! - zaśmiał się Haricotto, ciesząc się z wygranej. Nie przewidział jednak, że Upadły Wojownik zebrał ostatki sił i posłał w stronę lewitującego Saiyanina falę uderzeniową. Był to czerwony promień, dwukrotnie silniejszy od użytych przez Haricotto KI Blastów. Zaślepiony tańcem radości ogoniasty nie zwrócił uwagi na lecący w jego kierunku ładunek energetyczny. Przyjął całą moc fali na siebie, po czym boleśnie upadł na ziemię. Bliski kontakt z podłożem jeszcze nikomu dobrze nie zrobił. Nuta uśmiechnął się szeroko, ale też nie mógł cieszyć się z wygranej, gdyż sam stracił przytomność. Mr. Spajder natomiast wpadł w szał. Niby się cieszył, że Haricotto leży, ale nie był zadowolony z tego, że jego najlepszy bodyguard został pokonany. W dodatku jego ukochana scena została zniszczona. Pełny złości ruszył w kierunku ciała Saiyanina, by się upewnić, czy nie żyje. Nachylił się nad leżącym wojownikiem i z całych sił (nie miał ich wiele) kopnął ciało w bok. Haricotto syknął, otwierając oczy. Muzyk się przestraszył i cofnął o krok.
- Kopiącego się nie leży... to znaczy... leżącego się nie kopie, Ty muzyku za dyche. Khhy... khha! - poobijany Saiyanin podniósł się na nogi. Jego zbroja była doszczętnie zniszczona, podobnie jak scouter. Podszedł do grajka, który nerwowo cofał się do tyłu. Saiyanin złapał go za szyję.
- Szkoda Cie zabijać... - wyszeptał, spluwając w bok. Podrzucił gitarzystę w górę, a następnie wykopał go ile sił w nodze. Nawet nie spojrzał, w którą stronę udał się muzyk, by dalej koncertować.
Dokuśtykał do leżącego w kraterze Nuty i przykucnął przy nim. Sprawdził jego puls, a gdy się okazało, że żyje dostał pstryczka w nos.
- Będziesz żył. Jesteś wolny od tego skrzypka. - uśmiechnął się Saiyanin i poklepał nieprzytomnego Nutę po ramieniu. Wstał i udał się w swoją stronę, czyli nad rzekę, by się ogarnąć i złowić kilka ryb. Po takiej walce trzeba się najeść!

_________________
ObrazekI may have no Jesus, I may have no soul...
Obrazek


12 gru 2014, o 19:28
Zobacz profil
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 lip 2013, o 21:30
Posty: 416
Siła: 41
Szybkość: 41
Energia: 41
Wytrzymałość: 42
Inteligencja: 10
Punkty życia: 588
Punkty Ki: 410
Poziom Mocy(PL): 618
PT: 26
CP: 169
Post Re: Haricotto
[Mr. Santa]
Świąt nie będzie!

Nie czytałem innych świątecznych przygód, więc jeśli będą jakieś podobieństa, to pamiętajcie, że nie były one zamierzone~
Przypominam także o mojej poprzedniej, nieocenionej przygodzie z 12 grudnia~


To był dzień, jak codzień. Tyle tylko, że zbliżał się pewien, nazwijmy to event, w którym wszyscy obdarowywali się prezentami. Dookoła panowała świąteczna atmosfera, wszędzie leciały świąteczne piosenki i wszędzie chodzili poprzebierani Mikołaje. Oczywiście, nie byli oni prawdziwi, bo Mikołaj jest tylko jeden!
Tego dnia Haricotto postanowił wrócić do saiyańskiego miasta, od tak, żeby zobaczyć, co się dzieje. Przyleciał od południowej strony. Dlaczego? Bo tak. Akurat to nie ma najmniejszego znaczenia, dlaczego wybrał tę właśnie stronę. Strona jak strona, po co drążyć temat...
Wylądował na jednym z dachów i stanął na krawędzi budynku. Zaczął obserwować okolicę, w której było mnóstwo Saiyan i Half-Saiyan, przygotowujących się na zbliżający się event. Kupowali jedzenie i jakieś rzeczy, które prawdopodobnie miały służyć za prezenty. Saiyanin widząc, jakie było to rzeczy, nie chciały dostać takiego prezentu.
- Ugh... jak można komuś dać coś takiego? - zapytał sam siebie, gdy ujrzał statuetkę Króla Saiyan, który miał białe włosy, białą brodę i przebrany był w czerwony strój. Haricotto pokręcił głową rozbawiony, wyobrażając sobie reakcję dzieci dostających taki właśnie prezent. Masakara! To już lepiej dostać węgiel, bo przynajmniej można nim coś narysować.
Mając świetny wzrok, ogoniasty dostrzegł także inny, równie dziwny prezent. Pewna Saiyana, całkiem ładna zresztą, niosła typowy dla żołnierzy pancerz. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ów pancerz był czerwony i miał doczepianą równie czerwoną pelerynę z białym pomponem na końcu. W dodatku zbroja miała na klacie napis "I LOVE SANTAYANIN". Haricotto pacnął się otwartą dłonią w czoło, robiąc tzw. "facepalma".
Już miał schodzić, kiedy usłyszał jakiś dziwny szmer, dochodzący zza jego pleców. Szybko się odwrócić, lecz nic tam nie było. Saiyanin nie wiedział, że nad jego głową lewitował mężczyzna ubrany w czerwony strój, identyczny z tym, w jakim chodził Santayanin.
- Skąd masz ten strój? Chyba nie jesteś tym całym Santayaninem? - zapytał Haricotto, przygotowując się na to, co miało się zdarzyć. Albo i nie zdarzyć, różnie może być. Impersonator Mikołaja wylądował na dachu, stając na przeciwko Haricota. Wycelował w niego otwartą dłonią, w której po chwili pojawiła się energetyczna kula, która stopniowo zwiększała swoją objętość.
- Świąt nie będzie. Giń. - przebieraniec wypowiedział te słowa z takim spokojem, jakby robił to codziennie od kilku lat. I nagle kula pomknęła wprost na Haricotto, który w ostatniej chwili uskoczył w bok. Cliché~
Saiyanin wylądował na ugiętych nogach, kiedy zorientował się, że energetyczny pocisk mknie wprost na małe dziecko, bawiące się swoim reniferem-pluszakiem. Było to małe Saiyańskie dziecko, które jeszcze nie było tak zepsute, jak reszta wojowniczych Saiyan. Było niewinne, jeszcze... Haricotto się zawahał. Zatrzymał się i patrzył ślepym i bezradnym spojrzeniem na pędzącą kulę. Aż w końcu, coś w ni drgnęło, ale było za późno, by odbić pocisk, więc odbił się mocno od budynku i stanął pomiędzy pociskiem a dzieckiem. Przyjął na siebie całą moc, jaką zawierałą kula. Nastąpił niemały wybuch, ale biorąc pod uwagę fakt, że cała siła skupiła się na plecach Haricota, nikomu nic sie nie stało.
Mężczyzna upadł na kolano. Podpierał się ręką, by całkiem nie upaść na ulicę. Czuł na sobie spojrzenia tych wszystkich osób, które były świadkami heroicznego aktu.
- Khee..! - wojownik wypluł swoją krew, zostawiając na swoich ustach strużkę szkarłatnej krwi. Przetarł dłonią swoją twarz, po czym wyprostował się i stanął na nogi. Chwiał się, gdyż dostał naprawdę mocnym Ki Blastem. Całe plecy miał obdarte i poparzone, ponieważ jego zbroja uległa zniszczeniu dużo wcześniej.
Zaczął się nerwowo rozglądać po dachach, mając nadzieję na wyłapanie napastnika. Niestety, nic nie widział, było zbyt ciemno. Odetchnął głośno, kątem oka spoglądając na małe dziecko. Poklepał je po głowie, a gdy podeszła do niego matka dzieciątka, by mu podziękować, Saiyanin odleciał. Nie chciał wysłuchiwać tych wszyskich podziękowań. Chciał uniknął zbędnego dla niego szumu.
Wylądował na tym samym dachu, z którego poleciał pocisk. Przykucnął, sprawdzając dłonią miejsce, w którym stał napastnik.
- Znajdę Cię, gnojku. - powiedział Haricotto, zaciskając swoją pięść. Już nawet nie chodziło o to, że przebieraniec chciał zepsuć Święta, ale o to, że go zaatakował i o mało nie zginęło przez to niewinne dziecko.

Minęła noc, podczas której Haricotto kurował się i obmyślał plan działania. Jak na złość, nic mu nie przychodziło do głowy. Pozostaje tylko wypatrywać dachów, dopaść przebierańca i stłuc go na kwaśne jabłko. Jeśli będzie trzeba, to i zabić.
Nastał kolejny wieczór i Haricotto znów przesiadywał na jednym z dachów, kucając na krawędzi budynku i wypatrując potencjalne zagrożenie. Znów usłyszał szmer zza swoich pleców. Odwrócił się momentalnie, celując energią Ki na postać, która tam stała.
- Hej... to nie Ty. - wyszeptał zdziwiony Saiyanin, opuszczając dłoń z uzbieraną energią. Stał tam kolejny mężczyzna ubrany w czerwień. Ten jednak wyglądał inaczej, niż ten poprzedniej nocy.
- Uspokój się... idioto. - zaczął mówić obcy - Jestem prawdziwym Santayaninem i wstyd przyznać, ale potrzebuję pomocy. Jak wiesz, ja nie mogę nikomu zrobić krzywdy, bo jestem Święty, ale Ty... Ty możesz go pokonać. Domyślam się, że wiesz o kogo chodzi. Mowa tu o Reverse Santayaninie.
- Reverse Santayanin? Co to za śmieszny przydomek? - zapytał Haricotto, machając zaciekawiony swoim ogonem na boki.
Po krótkiej rozmowie wstępnej, Mikołaj powiedział wszystko, co powinien wiedzieć Saiyanin. Reverse Santayanin to osoba zła, bardziej przesiąknięta nienawiścią i pychą niż wszyscy Saiyanie razem wzięci. Był tak zepsuty tylko dlatego, że nie został wybrany prawdziwym Świętym Mikołajem. Zaślepiony chęcią zemsty, postanowił zepsuć Święta. Co więcej, postanowił niedopuścić do tego magicznego wydarzenia.
Haricotto nie miał powodów, by nie wierzyć, a poza tym, sam chciał gościa dopaść i odpłacić mu się pięknym za nadobne.
- Więc... mam się go pozbyć, tak? Co za to będę mieć? - zapytał Saiyanin, skubiąc palcami o swój podbródek.
- Dostaniesz najnowszą płytę z kolędami. - powiedział stanowczo Santayanin. Haricotto od razu się zgodził, podniecając się na myśl o szalonych wieczorach przy dźwiękach kolęd.

Minęło kilka godzin, od kiedy Haricotto spotkał Santayanina. Wydawało się, że tego dnia już nic więcej się nie wydarzy. Saiyanin już miał się wybierać do domu, gdziekolwiek ten dom miał, żeby pójść spać, ale został powalony na podłogę mocny, zupełnie niespodziewanym kopniakiem w twarz.
Haricotto podniósł się i zobaczył, jak napastnik, tzw. Reverse Santayanin ucieka, skacząc po budynkach. Powalony wojownik od razu wstał na obie nogi i zaczął gonić przebierańca.
OST~
- Hej! Zatrzymaj się! Nie uciekaj! - krzyczał Haricotto, skacząc z budynku na budynek. Słychać tylko było dźwięk, który towarzyszy mocnemu odbiciu się od podłoża. Z dachu na dach, z komina na komin.
- Stop, tchórzu! Zaraz Ci poka...! - sufit zawalił się pod Haricottem, który wpadł do środka. Saiyanin uderzył z impetem o podłogę. Kiedy się podniósł, okazało się, że wpadł do sali wrestlingowej. Leżał na środku na ringu. Niespodzianek było więcej, bo po chwili do sali wpadł Reverse Santayanin i wylądował również na macie ringowej.
- Teraz rozstrzygniemy to... once and for all! - krzyknął bojowo Reverse i rzucił się w stronę Haricotto. Jako, że Saiyanin leżał, Nie-Mikołajowi udało się mu sprzedać kopniaka w żebra i wysyłając go na krótką przejażdżkę na drugi koniec ringu. Wycelował dłonią w stronę Saiyanina i zaczął strzelać serią Ki Blastów.
OST~
Haricotto zaczął przed nimi uciekać, zwinne uskakując na boki. Odbijał się od nóg, od rąk, jak tylko mógł, by nie dostać pociskiem energii.
W końcu udało mu się doskoczyć do Reverse i zasadzić kopniaka w twarz. Oko za oko, kopniak za kopniak. Następnie podleciał do niego i zaczął okładać jego twarz serią szybkich i mocnych ciosów. Na koniec skosił go i wykopał w górę, dzięki czemu Reverse miał bliskie spotkanie z sufitem. Gdy tylko opadł na podłogę, Haricotto wskoczył na niego i zaczął po nim mocno "tupać", a po chwili skakać, przez co ring pękał i Reverse zaczął się w niego wgniatać.
- Słabyś. - skwitował Haricotto, schodząc z wgniecionego ciała i stając obok. Przykucnął przy nim i zmrużył swoje oczy.
- Dlaczego chciałeś zepsuć Święta? - zapytał Saiyanin.
- Bo... khy... to ja powinienem być... khy... Mikołajem. Zniszczę Święta raz na zawsze! - wykrzyczał, a po chwili z jego oczu wystrzeliły dwa czerwone promienie, które przebiły bark Haricotta. Saiyanin głośno zawył i upadł na plecy. Trzymał dłoń na dziurze w barku, która mocno krwawiła.
- Nie pokonasz mnie... jesteś tylko zwykłym saiyańskim popychadłem... - wyszeptał Reverse, patrząc z nienawiścią w oczach na rannego Saiyanina. Chyba myślał, że już wygrał, gdyż na jego twarzy malował się złowrogi uśmiech. Nie spodziewał się jednak, że Haricotto pomimo bólu wstanie na nogi. Wielkie było jego zdziwienie i z uśmieszku zrobił się revers w postaci smutku zmieszanego z gniewem.
- Pożałujesz tego, co zrobiłeś, Reversie. - powiedział stanowczo Saiyanin, wciąż trzymając dłoń na rannym barku. Wyciągnął ją po chwili i wycelował nią w głowę wbitego w ziemię przebierańca. Zaczęła się tam kumulować energia Ki, która sprawiała wrażenie, że krwawi. Była to krew z barku, która tryskając znalazła się na dłoni Haricotta.
- Święta będą. Giń. - wypowiedział te słowa tak samo spokojnie, jak Reverse, gdy pierwszy raz się spotkali. Czyżby Haricotto również zamieniał się zimnego mordercę, którym jako Saiyanin powinien de facto być?
Kula wystrzeliła, robiąc niemały bałagan. Siła wybuchu odrzuciła nawet strzelca, wyrzucając go poza ring.

Minęło kilka godzin, podczas których Haricotto starał się wygrzebać z ruin sali gimnastycznej. Nie udałoby mu się to, gdyby nie znalazł go Santayanin. Wyciągnął go i opatrzył, zakładając bandaż na jego bark. Nie odezwał się ani słowem, ale za to dotrzymał swojego słowa i wręczył Saiyaninowi najnowszą płytę kolęd. Dodatkowo, w gratisie, ofiarował mu także wierzę, na której mógł tę płytę odsłuchać.
Haricotto schował krążek w spodnie i z uśmiechem na twarzy podziękował. Wstał na nogi i rozejrzał się dookoła. Okazało się, że znajdował się na najwyższym budynku w mieście, więc stanął na krawędzi i po chwili zastanowienia skoczył w dół.
Amazing OST~
Ludzie z dołu po kolei zaczynali patrzeć w górę, kierując swoje spojrzenia na Saiyanina, który z ogromną prędkością leciał ku ziemi. Niektórzy zaczęli wiwatować i bić brawo, a inni patrzyli z przerażeniem i niecierpliwością wypisanymi na twarzy.
- Woohoo! - wojownik był coraz bliżej spotkania z ziemią, ale w ostatniej chwili (cliché~) zmienił kierunek lotu i robiąc niesamowite beczki, odleciał w stronę zachodzącego słońca...

_________________
ObrazekI may have no Jesus, I may have no soul...
Obrazek


23 gru 2014, o 18:57
Zobacz profil
Administrator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 sty 2012, o 22:38
Posty: 467
Siła: 30
Szybkość: 31
Energia: 10
Wytrzymałość: 20
Inteligencja: 10
Punkty życia: 280
Punkty Ki: 100
Poziom Mocy(PL): 364
PT: 15
CP: 91
Post Re: Haricotto
Za tamtą przygodę dam ci z 5 cp i 1 PT :D

Musze dawać mniej punktów bo szybko rośniecie w siłę xD

_________________
Obrazek


26 gru 2014, o 16:21
Zobacz profil
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 lip 2013, o 21:30
Posty: 416
Siła: 41
Szybkość: 41
Energia: 41
Wytrzymałość: 42
Inteligencja: 10
Punkty życia: 588
Punkty Ki: 410
Poziom Mocy(PL): 618
PT: 26
CP: 169
Post Re: Haricotto
Super Saiyanin!?


Haricotto po potyczce z Reverse Santayaninem miał dość miast i ich mieszkańców. W dodatku, był zmęczony po walce, która de facto nie była łatwa. Postanowił, że wybierze się w swoje ulubione miejsce, czyli nad rzekę. Tylko tutaj potrafił się zrelaksować i odpocząć. W dodatku szum wody robił swoje i łatwiej można było zasnąć. Gdy tylko wylądował nad brzegiem, od razu rozebrał się do naga i wskoczył do wody. Ah, jakie to było przyjemne uczucie! Człowiek od razu czuł się lżejszy, a w dodatku świeższy. Relaks w wodzie trwał krótką chwilę, ponieważ Haricotto kątem oka dostrzegł sporą postać stojącą nad brzegiem. Postać ta, prawdopodobnie mężczyzna, przyglądała się kąpiącemu się Saiyaninowi.
- Dlaczego nigdy nie może mnie podglądać cycata piękność? - zawiedziony wojownik pokręcił głową. Przekręcił głowę w stronę nieznanego osobnika, po chwili sobie uświadamiając, że to Nuta, którego już kiedyś pokonał.
Spoiler:

- Nuta!? Co Ty tu robisz? - zapytał Haricotto, wygrzebując się z wody na ląd. Po chwili stanął przed swoim former enemy cały nagusieńki. Nie przeszkadzało mu to, przyjemny wietrzyk chłodził jego spocone... chłodził go~
- Wiedziałem, że jeszcze kiedyś się spotkamy! - powiedział wesoło i klepnął Nutę w ramię. Nowy znajomy nie wydawał się taki podekscytowany tym spotkaniem, w główniej mierze przez ubiór Haricotta. A raczej jego brak...
- Nie przypadkiem... nie za gorąco Ci? - zapytał, skrępowany Nuta. Nie był gejem, ale krępował się przy nagim mężczyźnie. Haricotto dopiero po tym skapnął się, że coś tu nie gra. - O, wybacz. - uśmiechnął się szeroko i włożył dolną część kombinezonu, a po chwili swoje białe wojskowe buciki.
- Chciałem Ci podziękować za to, że wyzwoliłeś mnie od tamtego muzyka. Jestem Ci wdzięczny. Dziękuję. - skinął głową i uścisnął ogoniastemu dłoń.

Między dwoma wojownikami nawiązała się rozmowa, w której Nuta wyjawił kim tak naprawdę jest. Okazało się, że był Saiyaninem, który swego czasu był bardzo rozpoznawalnym wojownikiem. Niestety, został podstępem pokonany i uwięziony na długie lata jako osobisty bodyguard Mr. Spajdera. Pozbawiony został ogona, gdyż transformacja w Oozaru zdjęłaby klątwę, którą nałożył na niego upadły muzyk. Wyznał Haricottowi, że przez te wszystkie lata, kiedy dla niego służył, wewnątrz niego gromadziła się złość. Nie był to zwykły gniew, lecz ból, ogromne cierpienie, jakiego doznał, będąc czyjąś marionetką. Saiyanie to dumni wojownicy, więc rzadko się zdarza, by służyli komuś wbrew swojej woli.
- Byłem wściekły... tak bardzo wściekły, że chciałem niszczyć wszystko na swojej drodze. Tak bardzo chciałem odzyskać wolność, a kiedy ją odzyskałem... nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Dziwne, prawda? Ale takie prawdziwe... Tak czy inaczej, gdyby nie ta złość, nie przekroczyłbym własnych limitów. Po tym, jak mnie uratowałeś i jak już się wziąłem w garść, zacząłem mocno trenować. Mój gniew mi w tym pomagał. - i w tym momencie grymas na twarzy Nuty przemienił się w zadziorny, typowo Saiyański uśmieszek. Coś było na rzeczy, coś wspaniałego. Haricotto słysząc o przekroczeniu limitów zaczął się niecierpliwić i ekscytować. Czyżby Nuta, którego dawno temu pokonał, okazał się teraz silniejszy? Ta myśl była tak bardzo podniecająca!
- I co? I co? I co? - oczy ogoniastego były tak szeroko otwarte, że dziwne iż nie wypadły. Wojownik, o jakże melodyjnym imieniu, stanął w rozkroku, napinając swoje zastałe mięśnie.
- Pozwól, że Ci pokażę. A potem liczę na rewanż. Muszę Cię pokonać. - uśmiechnął się zadziornie, skupiając się po chwili. Można było wyczuć siłę i energię, która wydobywała się z ciała osiłka. Jego mięśnie zrobiły się większe, pojawiły się także żyły. Jego czarne jak węgiel włosy zaczęły burzliwie falować, a oczy przybierały kolor niebieski. I nagle pojawił się ostry, oślepiający błysk! Podniósł się kurz, a pod stopami Nuty ziemia została mocno ugnieciona, zamieniając się w niewielki krater.
Oślepiony Haricotto powoli dochodził do siebie, starając się przegonić wszechobecny kurz. Dopiero po chwili spostrzegł, że wygląd Nuty uległ zmianie. Otaczała go złota aura, w dodatku jego włosy z czarnych zrobiły się koloru blond. Saiyanin z ogonem wstał na obie nogi, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Co to w ogóle było?
- Suuuupeeer! A co to jest? - zapytał, podchodząc bliżej Nuty.
- To, mój przyjacielu, jest Super Saiyanin. Legendarny wojownik, którego siła przekracza wszelkie wyobrażenia*. - oznajmił z uśmiechem na twarzy, pozbywając się swojej złotej aury, ale wciąż pozostając w stadium SSJ. Zrobił na Haricotto nie małe wrażenie, a nawet wzbudził w nim zazdrość.
- Cholera! Ja też chcę być Super Saiyaninem! - wykrzyczał głośno, wskazując palcem na Super Nutę.
- Nie tak prędko. Musisz mieć silny bodziec. Od tak, Super Saiyaninem nie zostaniesz. Przykro mi. A teraz... walczmy! - z zadziornym uśmiechem na swojej facjacie, Nuta rzucił się prosto na Haricotto, łapiąc go za twarz, a następnie rzucając nim o podłoże. Sam zatrzymał się w powietrzu, odpalając swoją złocistą, super, mega, ekstra, przepiękną i w ogóle najlepszą epicką aurę, czekając na ruch Saiyanina.
W burzy dymu i kurzu wyłonił się Haricotto w doszczętnie zniszczonym kombinezonie. Podczas wcześniejszej walki stracił swoją zbroję, a teraz ma stracić kombinezon? Niedoczekanie!
- Dlaczego mnie nie uprzedziłeś, że zaatakujesz? A poza tym, to nie fair, bo jesteś tym Super... czymśtam. Tak czy siak, znowu dostaniesz baty! - wskazał na siebie kciukiem, po czym ruszył w stronę Nuty, strzelając w niego KI Blastami. Super Saiyanin nawet nie mrugnął, przyjmując energetyczne pociski na klatę, po chwili sam strzelając jednym wielkim w stronę nadlatującej fasolki**.
Ten pocisk skumulowanej energii leciał tak szybko, że Haricotto nie mógł go uniknąć. W ostateczności przyjął go na twarz, lądując z impetem na ziemi. Gdy już był wgnieciony i zdeklasowany, wyczołgał się z kratera, który zrobił własnym ciałem.
- Myślałem, że będziesz walczył uczciwie... - wyszeptał, tracąc po chwili przytomność.

Minęło kilka godzin, a Haricotto w końcu się obudził. Leżał pod drzewem, w jego cieniu, a na głowie miał mokrą szmatkę, która miała chłodzić jego rozgrzane czoło. Otworzył swoje oczy, z czego jedno było podbite. Ujrzał Nutę, który siedział obok niego. Trzymał w dłoni jakąś dziwną paczuszkę, skrzętnie związaną.
- Ty... aleś mnie urządził. - wymamrotał Haricotto, ściągając z głowy szmatkę. Nuta na niego spojrzał i się uśmiechnął.
- Jesteśmy Saiyaninami, nie walczymy fair. Jest 1:1, kolego. - uśmiechnął się, po czym szturchnął w ramie swojego towarzysza.
- Dobra... mogę Ci wybaczyć walkę, ale zniszczyłeś moje ubranie. W czym mam teraz chodzić? Z gołą dupą na wierzchu? - zaśmiał się, mówiąc ostatnie zdanie. W tym samym momencie Nuta podał mu paczuszkę, którą wcześniej trzymał.
- Tutaj masz ubranie. Powinno być na Ciebie dobre. Ja już muszę iść. Jeszcze się spotkamy. Mam nadzieję, że wtedy zostaniesz Super Saiyaninem.
- Następnym razem skopie Twoję dupsko, więc lepiej się przygotuj. - z zadziornym uśmiechem na twarzy, Haricotto pokazał fakera Nucie. Nastała niezręczna cisza, a chwilę po niej obaj mężczyźni zaczęli się śmiać.
Rosły mężczyzna zatrzymał się jeszcze na moment, odwracając się twarzą do fasolki.
- Pamiętaj... gniew jest kluczem do osiągnięcia tej mocy. - machnął ręką, jakby salutując i odwrócił się na pięcie.

Nuta odleciał, zostawiając swemu pobitemu przyjacielowi prezent. Niczym Święty Santayanin, mhmm. W paczuszce było ubranie, w dodatku całkiem inne od tego, jakie nosili Saiyanie. Zdecydowanie przeważał kolor zielony, ale pojawiała się też barwa czarna i szara...~ Haricotto przymierzył kostium, który na początku wydawał mu się dość groteskowy. Jednak im dłużej go na sobie miał, tym bardziej się do niego przekonywał. Tak czy inaczej, nie mógł chodzić nago, więc zmuszony był chodzić w podarowanym gi.
Spoiler:

- Nie jest to ubranie moich marzeń, ale... póki co może być! - uśmiechnął się i odleciał. Ciągle miał w głowie obraz Super Saiyanina. Sam zapragnął się nim stać, więc można powiedzieć, że w jego życiu pojawił się nowy cel. Będzie musiał się wziąć za siebie jeszcze bardziej. Więcej treningów, więcej mordęgi, więcej efektów~

_________
* nieprawda~!
** Yuki a.k.a Yoh mnie tak czasem opisuje. ._.
Tym razem była to krótka historia, coś jakby wprowadzenie do następnej przygody~

_________________
ObrazekI may have no Jesus, I may have no soul...
Obrazek


2 sty 2015, o 21:12
Zobacz profil
Half-Saiyan
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 maja 2014, o 00:23
Posty: 90
Siła: 16
Szybkość: 16
Energia: 14
Wytrzymałość: 14
Inteligencja: 10
Punkty życia: 196
Punkty Ki: 140
Poziom Mocy(PL): 228
PT: 2
CP: 64
Post Re: Haricotto
Ciekawie, ciekawie - widzę, że zdobywasz pewne informacje, które i tak na nic Ci się nie przydadzą, bez odpowiedniego poziomu mocy... xD Tak czy siak, naprawdę przyjemnie czyta się tą przygodę. Jeżeli Mard~ nie ma nic przeciwko, to:

4 CP i 1 PT
Hej, jest dobrze, mogłoby być lepiej, Fasolko! XD
Kiedyś Cię pozbawię tych cycków, zobaczysz... ._. XD - Haricot
Jeszcze będziesz chciał ich pomasować! :3

_________________
#AA0000 - mowa.
#F80000 - myśli.
Jak się nie ma, co się lubi, to się kradnie, co popadnie!


2 sty 2015, o 21:42
Zobacz profil
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 lip 2013, o 21:30
Posty: 416
Siła: 41
Szybkość: 41
Energia: 41
Wytrzymałość: 42
Inteligencja: 10
Punkty życia: 588
Punkty Ki: 410
Poziom Mocy(PL): 618
PT: 26
CP: 169
Post Re: Haricotto
Time to DIE!
Część I


 
Niebo jak zwykle było spokojnie. Żadnych oznak latających wojowników, czy innych rzeczy pokroju kosmicznych statków. Ptaszki ćwierkały, a wietrzyk powiewał, wprawiając liście na drzewach w ruch, tworząc dźwięk szelestu.
Dzień zapowiadał się na taki, w którym nic szczególnego się nie dzieje. Na horyzoncie malowała się niewielka osada, w której mieszkali Saiyanie nie będący częścią Królewskiej Armii : tacy, którzy byli za starzy lub za młodzi, by do niej dołączyć. Małe Saiyańskie dzieci bawiły się to tu, to tam, starając się nie przeszkadzać innym.
- Mamo, mamo! A kiedy w końcu ja będę mógł dołączyć do Armii? - zapytało jedno z Saiyaniątek, patrząc wielkimi, maślanymi oczkami na swoją matkę, niosącą ogromny kawała mięsa, który był od niej dwa razy większy.
- Jeszcze musisz trochę poczekać. Jesteś zbyt mały. - poklepała go po głowie, a następnie pstryknęła go w nosek. Wyglądali, jak mała, szczęśliwa rodzina. Brakowało tylko ojca, który zapewne był na służbie. W końcu był żołnierzem! Służba nie drużba, jak to mówią~

W oddali, na wysokiej skale, znajdującej się pomiędzy drzewami i innymi mniejszymi skałkami, stała pewna postać. Wyglądał on na Saiyanina i w rzeczywistości nim był. Co go zdradziło? Odstający ogon, który był znakiem rozpoznawczym Kosmicznych Wojowników. Odziany był w zielone dogi z szarymi i białymi elementami. Wiatr rozwiewał jego czarne, bujne włosy tak majestatycznie, jak tylko się dało.
Wysunął swoją przednią nogę, stawiając ją na sporym głazie, by za chwilę oprzeć swój łokieć na kolanie. Kąciki jego ust nieznacznie się uniosły, układając się w szaleńczym uśmiechu. Przyglądał się on z daleka temu, co działo się w tej wiosce. Miał zamiar złożyć wizytę jej mieszkańcom i troszkę namieszać w ich życiach (nie rzyciach, zboczeńcy!).
- Jakie to żałosne. Przywiązanie do rodziny... takie miałkie. - uśmiech z jego twarzy zniknął, a Saiyanin zrobił się poważny, jak nigdy wcześniej. Od kiedy jego serce zasłonił mrok, nie interesowało go nic, poza mordowaniem innych.
Wyprostował się i spojrzał jeszcze raz na wioskę. Zmrużył swoje krwistoczerwone oczy i westchnął głośno.
- Może dziś im daruję? - zapytał, jakby chciał usłyszeć odpowiedź. Nikogo tam nie było, był sam.
- Nie, oczywiście, że im nie daruję. - ponownie wrócił na jego twarz szaleńczy uśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego. Haricotto, bo tak miał na imię Saiyanin, odbił się od skały i poszybował w dół. Dopiero użył Bukujutsu w momencie, gdy znajdował się metr na ziemią. Ruszył prosto na wioskę.

Nikt się nie spodziewał tego, co zaraz miało nastąpić. Gdyby dziś rano zapytać mieszkańców wioski, co myślą, że się wydarzy, żaden nie powiedziałby, że "dziś się poleje krew".

 
Saiyanin wleciał do wioski na pełnej ku*wie, zostawiając za sobą zniszczoną ziemię oraz masę kurzu. Gdy się zatrzymał, zaczął się rozglądać za swoją pierwszą ofiarą. Zobaczył kilku starszych mężczyzn, dokładnie trzech, którzy na pewno byli od niego słabsi. Przynajmniej na takich wyglądali, a poza tym, nie spodziewali się, że ktoś będzie chciał ich zabić.
- Uszanowanko! - uśmiechnął się diabolicznie, zaczynając chorą wyliczankę. Wskazywał palcem to na jednego, to na drugiego.
- Ene, due, rike, fake, dziś ukręcę łeb pokrace. Nie przeżyje ani chwili, zobaczycie moi mili. Raz, dwa, trzy, teraz martwy jesteś... TY! - wypadło na środkowego, najmłodszego z nich. Haricotto szybko złapał go za szyję i podniósł do góry. W drugiej ręce gromadził energię Ki, która formowała się w Ki-Blasta. Zaczął się szalenie śmiać, a kiedy jego ofiara przestała oddychać, wyrzucił go w powietrze i strzelił do niego Ki-Blastem. Ciało upadło na ziemię, całe poobdzierane i usmażone. Dwaj wojownicy, którzy brali udział w wyliczance, stali jak wryci. Nie wiedzieli co zrobić, to działo się tak szybko! Haricotto nachylił się nad jednym, uważnie przyglądając się mu swoimi krwistoczerwonymi oczami.
- O... masz coś w oku. Coś, jakby... czekaj, co to? Też chcesz zobaczyć? Pozwól, że Ci pomogę! - powiedział wesoło, po czym momentalnie wbił mu palec w oko. Druga ofiara zaczęła się drzeć wniebogłosy, nie mogąc nic zrobić. Jedynie rozpaczliwie drapał po ręce Fasolki. Dopiero teraz, trzeci z nich się obudził i za pomocą mocnego kopniaka posłał Haricotta prosto w najbliższy dom. Saiyanin przebił swoim ciałem ścianę i belkę nośną, przez co dach zawalił się na niego. Ten żwawy starszy wojownik miał na imię Buroro.

- Wszystko w porządku? Selerei, pokaż to oko! - Buroro odsłonił rękę Selerei'a, chcąc sprawdzić, co z nim jest. Widok był przerażający. Poszkodowany wojownik miał wydłubane oko! Jakby tego było mało, wisiało ono tylko na jednym nerwie. Przerażający widok!
- Skąd się wziął ten psychopata!? - zapytał Buroro, oddając swego rannego towarzysza pod opiekę swojej żony. Miała go zabrać w bezpieczne miejsce. W tym samym momencie w wiosce pojawił się młody Saiyanin, który najpewniej wrócił ze służby do swej rodziny. Nawet w najgorszym scenariuszu, nie mógł się spodziewać tego, co zastał w rodzinnej wiosce.
- Ujin! Jak dobrze, że jesteś! Ten psychopata ciężko ranił jednego z nas i pozbawił Selereia oka! Zrób z nim coś! - wykrzyczał Buroro, sam oddalając się na bezpieczną odległość.
Ujin skierował swoje spojrzenie w stronę zrujnowanego domu, do którego wpadł Haricotto. Machnął ręką do mieszkańców, że da sobie radę, po czym zrobił kilka kroków do przodu. Nagle jego scouter zapikał, a chwilę później nastąpił wybuch, który porozrzucał resztki domu we wszystkie strony. Z dymu jaki powstał wyłonił się Haricotto. Miał poszarpane ubranie, a wyraz jego twarzy mówił tylko jedno - "zabijać!".
Spoiler:


- Silny jesteś, starcze! - na początku nie zauważył, że przybył nowy wojownik. Dopiero, gdy zebrał swoje myśli i uspokoił umysł, dostrzegł Ujin'a. Skierował na niego swoje spojrzenie, po czym otrzepał swoje ubranie i wyszedł mu na przeciw.
- Teraz Ty jesteś moim przeciwnikiem, tak? No cóż... zapraszam. - powiedział spokojnie, machając dłonią w stronę przeciwnika, sugerując, że jest gotowy na walkę. Przyjął pozycję do boju. W tym stanie, w jakim był Haricotto, cierpliwość nie była jego mocną stroną. Rzucił się na Ujin'a, kopiąc jego głowę, jak piłkę, po czym raz jeszcze do niego podleciał i wbił swoją głowę prosto w jego klatę. Był tak blisko, że bez problemu usłyszał pękające kości. To tylko go podnieciło i dodało motywacji! Już miał zadać ostateczny cios leżącemu na deskach Ujin'owi, kiedy to małe dziecko wybiegło i stanęło między walczącymi Saiyaninami.
- Zostaw mojego tatę w spokoju! - wykrzyczał mały chłopiec, ten sam, który wcześniej prowadził rozmowę ze swoją matką.
- Zjeżdżaj, smarkaczu! Na Ciebie też przyjdzie pora! - zamaszystym ruchem swojej nogi wykopał małego Saiyanina. Zaśmiał się pod nosem, a po chwili wrócił do swojej poprzedniej ofiary. Wyciągnął przed siebie dłoń, kumulując w niej energię. Nagle poczuł, jak coś łapie go za nogę. Spojrzał w dół i ujrzał tego samego chłopca, którego przed chwilą wykopał.
- Co za wkurzający gnój! Muszę się go pozbyć teraz, bo inaczej nie da mi spokoju! - przeniósł swoją dłoń z ojca na syna. Już miał zamiar wystrzelić, kiedy jego dłoń uniosła się ku górze i wystrzeliła pocisk w powietrze. Jakież było zdziwienie Haricotto, gdy to zobaczył.
- Co jest grane!? - zacisnął swoją dłoń, która zaraz samoczynnie uderzyło go w twarz, powalając tym samym na łopatki. Saiyanin w tym momencie zgłupiał! Nie wiedział co się dzieje. Nikt nie wiedział! Mieszkańcy wioski patrzyli na Fasolkę, jak na wariata.
- Nie pozwolę Ci na to! Nie będziesz bezkarnie zabijał! - - usłyszał w głowie głos prawdziwego Haricotto, który wciąż walczył, by odzyskać swoje ciało.
- A co Ty mi możesz zrobić, co!? CIEBIE nie ma! JA jestem! - złe alter-ego Haricotto krzyczało, starając się zagłuszyć głos oryginału.
- Może teraz nie mam jeszcze wystarczająco siły, by odzyskać moje ciało, ale na pewno nie pozwolę Ci zabijać! - i znowu pięść samoczynnie uderzyła wojowniczą twarz. I jeszcze raz, i jeszcze raz!

Buroro podbiegł do Ujin'a i pomógł mu wstać. Obaj Saiyanie zwrócili się w stronę walczącego z samym sobą Haricotta. Podeszli do niego, mając zamiar podarować mu kilka kopniaków i zostawić kilka siniaków.
Leżący ogoniasty widząc to, odczołgał się kilka metrów w tył, a następnie stanął na proste nogi. Zmarszczył swoją twarz w grymasie, był zły, że mu przeszkodzono. Chciał zabijać, a nie mógł tego robić. Posłał zimne spojrzenie na mieszkańców wioski, po czym powiedział na głos:
- Jeszcze tu wrócę! Zginiecie wszyscy, słyszycie? ZAMORDUJĘ WAS!!! - krzycząc wniebogłosy, odbił się od piaszczystego podłoża, zostawiając za sobą masę kurzu. Mógł teraz tylko uciekać. Nie będzie mógł zabijać, dopóki nie rozprawi się ze swoim dobrym alter-ego.
Wrócił na skałę, z której przybył. Upewnił się, że nikt za nim nie leciał. Nikt z mieszkańców obecnie nie był w stanie podążać za wojem. Wylądował na skalnej półce, płaskiej jak większość dziewczyn, po czym usiadł po turecku, krzyżując swoje ręce na klacie. Spojrzał w rubinowe niebo, zamykając po sekundzie oczy. Jak się okazało, znalazł się w ciemnym pokoju. To było dziwne, gdyż tam nic nie było, a swoje ciało widział tak, jakby było oświetlone kilkoma lampami. Był nagi, ale nie czuł chłodu. Odwrócił się i zobaczył samego siebie, również nagiego. Nie było to jednak lustro, tylko ta jego lepsza część.
- I co teraz? Mam Ci pokazać, który z nas jest najprawdziwszy? - zapytał, podchodząc bliżej. Wystawił przed siebie zaciśniętą dłoń, która po chwili przyjęła postać soczystego fuckera.
- Odpowiedź jest prosta. A brzmi ona... To ja jestem ten prawdziwy! - dobry krzyknął głośno, twardo stając na ziemi. Po chwili obaj rzucili się sobie do gardeł! Których z nich wygra? Czy będzie to dobry Haricotto i wszystko wróci do normy, czy może zwycięży złe alter-ego i mordowanie dopiero się zacznie!?
Find out on the next episode of Dragon Ball AW!
_____
C.D.N~

_________________
ObrazekI may have no Jesus, I may have no soul...
Obrazek


7 sty 2015, o 19:24
Zobacz profil
Administrator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 14 sty 2012, o 22:38
Posty: 467
Siła: 30
Szybkość: 31
Energia: 10
Wytrzymałość: 20
Inteligencja: 10
Punkty życia: 280
Punkty Ki: 100
Poziom Mocy(PL): 364
PT: 15
CP: 91
Post Re: Haricotto
W sumie nie wiem do końca o co chodzi. Nagle czytam ze jesteś gościem z dwoma alter-ego.
Noooooo ale luzik. Daje 4 CP i 1PT.

_________________
Obrazek


10 sty 2015, o 15:12
Zobacz profil
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 17 lip 2013, o 21:30
Posty: 416
Siła: 41
Szybkość: 41
Energia: 41
Wytrzymałość: 42
Inteligencja: 10
Punkty życia: 588
Punkty Ki: 410
Poziom Mocy(PL): 618
PT: 26
CP: 169
Post Re: Haricotto
Post, w którym TO się stało jest umieszczony w działach fabularnych. W sumie mogłem go załączyć w przygodzie, jako odnośnik. W każdym razie, dzięki. ; )

_________________
ObrazekI may have no Jesus, I may have no soul...
Obrazek


10 sty 2015, o 16:03
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 24 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
 cron